2018 Animacja Filmy Fox Recenzje

Wes Anderson nie zawodzi – recenzja filmu „Wyspa Psów”

Wes Anderson to dość specyficzny reżyser. Jego twórczości można bardzo łatwo przykleić etykietę przewidywalności ponieważ po obejrzeniu choćby jego jednego filmu od razu doskonale wiemy czego możemy spodziewać się po kolejnych. Wiele osób odbija się od wyidealizowanego stylu tychże produkcji, lecz dla mnie mają one wprost magnetyczną energię, która przyciąga do nich nie tylko fanów ambitnego kina lecz przede wszystkim przeciętnego widza. Oglądając każdy film Wesa Andersona można zachwycać się zjawiskową scenografią, symetrycznymi kadrami, płynnością montażu czy klasyczną kompozycją jednocześnie krytykując ich fabularną powtarzalność, infantylność i slapstickowe sytuacje z udziałem bohaterów. Na „Wyspę Psów” musieliśmy czekać cztery lata, co jest najdłuższą przerwą pomiędzy produkcjami reżysera jednak w tym przypadku już pierwsze sceny uświadamiają nam fakt, że warto było czekać.

W Megasaki rozprzestrzenia się groźny wirus psiej grypy. Czworonogi masowo chorują, a epidemiolodzy obawiają się, że choroba może przenieść się ze zwierząt na ludzi. Burmistrz miasta Kobayashi (Kunichi Nomura) podejmuje decyzję o odizolowaniu wszystkich psów na wyspie śmieci do czasu wynalezienia leku. Jej pierwszym mieszkańcem jest Ciapek (Liev Schreiber) – osobisty ochroniarz swojego opiekuna Atariego Kobayashiego (Koyu Rankin). Atari jest dalekim krewnym burmistrza, który adoptował chłopca po śmierci jego rodziców. Gdy dwunastolatek powraca do zdrowia po wypadku, kradnie samolot i udaje się na tytułową „Wyspę psów” w celu odnalezienia i uratowania swojego pupila. Pomaga mu w tym wódz (Bryan Cranston) z jego watahą. Wkrótce po tym na jaw wychodzi spisek burmistrza, obnażony przez nastoletnią psią aktywistkę Tracy Walker (Greta Gerwig).

„Wyspę psów” można podzielić na dwa wątki perfekcyjnie splatające się w finale animacji. Przygodowy wątek poszukiwań nie odbiega od tradycyjnej formy przyjętej przez Wesa Andersona, która polega na wysłaniu bohaterów w emocjonalną podróż, która pozwoli im poznać samych siebie i nauczyć się empatii. Głównym bohaterem filmu nie jest chłopiec Atari, a pies i imieniu Wódz, który będąc nieformalnym liderem psiego gangu stara się demokratyzować każdą podejmowaną decyzję i choć zwykle jest osamotniony w swoim zdaniu zawsze podąża za swoja ferajną. Na początku gra twardą i nieposkromioną postać nie zaznajomioną z rodzinnym ciepłem, lecz jego historia jest bardziej skomplikowana niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka.

Reżyser często ironizuje i opiera humor w filmie na żartach sytuacyjnych. Satyra często okazuje się nieodpowiednia dla młodszego widza przez wykorzystanie w wielu gagach czarnego humoru, lecz Wes Anderson nie zapomina, że jego bohaterowie nie są ludźmi a bardzo inteligentnymi zwierzętami. Wódz jak mantrę powtarza słowa, że jest w stanie gryźć i najlepiej żeby nikt nieproszony do niego nie podchodził. Stoi za tym traumatyczna opowieść, którą można by bezpośrednio przełożyć na ludzkie przeżycia, lecz wszystko na dobrą sprawę opiera się na żarcie o nieprzewidywalnym zwierzęcym instynkcie. „Wyspa psów” jest pełna tego typu odniesień i tam gdzie moglibyśmy oczekiwać nawiązań do ludzkiej natury otrzymujemy ukazanie życia najlepszego przyjaciela człowieka.

Zaskakującym posunięciem jest zawarcie w animacji tak obszernego wątku politycznego. Na szczęście jest on na tyle infantylny i absurdalny, że idealnie wpasowuje się w konwencję filmu. Burmistrz Kobayashi nie ukrywa się ze swoim zamiłowaniem do kotów. Podczas wystąpień korzysta z pulpitu z logiem w kształcie kociej głowy, na zebrania rad miejskich zabiera swojego kota tak jak i reszta radnych, a na jego plecach znajduje się wielki tatuaż z kotami. Jesteśmy więc obserwatorami klasycznego sporu między przebiegłymi kociarzami a poczciwymi psiarzami. Jest to swoiste zadośćuczynienie dla fanów twórczości reżysera, którzy wiedzą, że gdy w filmie Wesa Andersona pojawi się pies to można z góry przypisać mu kiepski los – tragicznych sytuacji nie brakuje również w „Wyspie psów”, ale tym razem właściciele psów mogą się cieszyć wygraną w odwiecznej wojnie z kociarzami.

Kulturowe dziedzictwo Japonii otacza widza z każdej strony. Nie brakuje więc bębnów taiko, pojedynków sumo, bohaterskich samurajów i saun parowych. Jakby tego było mało, większość postaci to archetypowe obrazy obywateli kraju kwitnącej wiśni, jakie ma w głowie każdy z nas. Można się przyczepić, że reżyser prezentuje stereotypową Japonię, która jest wyidealizowana niczym na broszurze amerykańskiego biura podróży, lecz to właśnie zderzenie tradycji z nowoczesnością nadaje charakteru całej opowieści. Są to jednak bezzasadne zarzuty ponieważ Anderson nie tylko wykorzystuje japońskich aktorów do obsadzenia ich w rodzimych rolach, ale nie amerykanizuje ich dialogów dzięki czemu prawie każdy Japończyk mówi po japońsku. Na początku filmu dostajemy informację, że niektóre konwersacje nie zostały przetłumaczone – jedynymi stworzeniami rozumiejącymi w pełni język ludzi są psy. Nie jest to problem ponieważ, kontekst każdej wypowiedzi możemy rozpoznać obserwując wydarzenia na ekranie, które w wprost perfekcyjny sposób nie pozwalają się nam zagubić w meandrach opowiadanej historii.

Jeżeli omawiamy animację Wesa Andersona nie można przejść obojętnie wokół rewelacyjnego dubbingu. Reżyser znów zaangażował do swojego projektu aktorską śmietankę Hollywood, a lista nazwisk użyczających swoich głosów bohaterom produkcji robi ogromne wrażenie. Edward Norton, Bryan Cranston, Bob Balaban, Bill Murray, Jeff Goldblum, Akira Takayama, Greta Gerwig, Frances McDormand, Scarlett Johansson, Harvey Keitel, Yoko Ono, Tilda Swinton, Ken Watanabe, Liev Schreiber i wielu, wielu innych. W chwili obecnej chyba żadna animacja nie może poszczycić się tak zróżnicowaną obsadą. „Wyspa psów” nie tylko świetnie brzmi za sprawą znanych nazwisk czy muzyki Alexandre Desplata, ale przede wszystkim wygląda obłędnie. Już w „Fantastycznym Panu Lisie” Wes Anderson udowodnił, że potrafi tworzyć świetnie wyreżyserowane i dopracowane pod każdym względem animacje poklatkowe. W najnowszym filmie doprowadził tą technikę animacji do perfekcji – kukiełki wyglądają przepięknie, niezależnie czy są to ludzie czy psy choć przy tych drugich należy docenić kunszt i ilość pracy jaka została włożona aby osiągnąć tak realistyczny efekt. Zwierzakom falują włosy na wietrze, po ich futrze skaczą pchły a otoczenie choćby przez chwilę nie wygląda statycznie.

Oryginalny tytuł „Isle of dogs” brzmi jak „I love dogs” i to właśnie w ten sposób należy odczytywać ten film. Opowiadana historia nie jest przełomowa i skomplikowana, ale prezentuje tak ogromną ilość uczuć trafiających wprost w serce widza, że wzruszanie się podczas oglądania staje się normą wśród widzów na sali. Wes Anderson to perfekcjonista, który znów stworzył prawdziwą perełkę, która w uroczy sposób ukazuje, że twórca kocha czworonogi i chce się tą miłością podzielić z całym światem.

Ocena filmu⭐⭐⭐⭐⭐⭐⭐⭐⭐⭐❤


Film „Wyspa Psów” zobaczyć można w kinie Kosmos, prowadzonym przez Instytucję Filmową SILESIA FILM.

kino_kosmos

Zdjęcia i zwiastuny wykorzystane w recenzjach należą do ich prawowitych właścicieli i zostały użyte wyłącznie na potrzeby tekstu zgodnie z prawem cytatu oraz fair use.
Reklamy

2 komentarze dotyczące “Wes Anderson nie zawodzi – recenzja filmu „Wyspa Psów”

  1. Bielszczanin

    W moim mieście niestety nie grają tego filmu, ale z tego co piszesz wynika, że warto wybrać się do Katowic

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: