„Kapitan Ameryka: Nowy wspaniały świat” to film, który nie jest o Kapitanie Ameryce. Słowo Kapitan Ameryka nie pojawia się nawet w planszy tytułowej. Idąc do kina na film „Nowy wspaniały świat”, oczekujemy nowej historii, ale czy na pewno wspaniałej? Niestety, film rozczarowuje. Chaos i nuda przeplatają się z bezradnością i zażenowaniem, a potencjał tej produkcji został całkowicie zmarnowany. Poprzednie filmy ze Steve’em Rogersem były co najmniej dobre, a „Zimowy Żołnierz” to wręcz jeden z najlepszych filmów superhero w historii. Kinowe uniwersum Marvela przeżywa kryzys, a era Davida Chapeka, prezesa Disneya w czasach pandemii, doprowadziła do upadku tej wielomiliardowej marki. Ilość produkcji zdecydowanie przerosła jakość, co niestety odczuwamy do dziś na sali kinowej.
Sam Wilson, jako nowy Kapitan Ameryka, staje w obliczu spisku, który może doprowadzić świat na skraj wojny. Po spotkaniu z nowym prezydentem USA Thaddeusem Rossem (debiut Harrisona Forda w MCU), Kapitan Ameryka zostaje wciągnięty w sam środek konfliktu. Niestety, ten szpiegowski thriller zawodzi na każdym kroku. Z tak obiecującym początkiem historii, film mógłby być wciągającym widowiskiem. Zamiast tego, otrzymujemy potwora Frankensteina, posklejanego z niepasujących do siebie fragmentów. Przeładowanie wątkami sprawia, że film traci ostrość i nie wie, na czym chce się skupić. Dodatkowo brak pomysłu na prowadzenie fabuły powoduje, że w kinie czułem, jakbym oglądał dziwny teledysk, przerywany losowymi scenami akcji.

Poprzednie filmy o Kapitanie Ameryce, zwłaszcza „Zimowy Żołnierz”, ustanowiły wysoki standard, jeśli chodzi o sceny walki. Dynamiczne, pełne energii i z pomysłową choreografią pojedynki były wizytówką tej serii. Widzowie mogli poczuć kinetyczność każdego uderzenia, a starcia z użyciem tarczy czy broni były emocjonujące i angażujące. Niestety, „Nowy Wspaniały Świat” zawodzi na tym polu. Walki są statyczne, brak im dynamiki i polotu. Zarówno starcia z tarczą, jak i te z użyciem broni wypadają blado i przewidywalnie. Trudno poczuć napięcie czy zaangażować się w te pojedynki, ponieważ brakuje im kreatywności i efektowności. Wszystko jest bezpieczne, a przez to nudne i mało zaskakujące. To ogromny kontrast w porównaniu z tym, do czego przyzwyczaiły nas poprzednie filmy z Kapitanem Ameryką.
Może przeciętności, które oglądamy na ekranie, wypełnione jest naprawdę obrzydliwymi efektami komputerowymi. CGI, które od czasu do czasu wygląda dobrze, aby po chwili zmienić się w rozmytą papkę. Brakuje im spójności i konsekwencji, a apogeum tego chaosu jest scena walki w powietrzu. W tym konkretnym przypadku jakość efektów specjalnych zmienia się dosłownie z ujęcia na ujęcie, co w moim przypadku doprowadziło mnie do bólu głowy. Nie jest to niestety odosobniony przypadek, a studia VFX, które pracują przy filmach MCU, po prostu nie mają czasu na dopracowanie poszczególnych elementów. Praca nad efektami specjalnymi jest czasochłonna i wymaga precyzji, a przy tak napiętych harmonogramach produkcyjnych, jakie panują w Marvelu, trudno o to zadbać. Efektem tego są właśnie takie „kwiatki” jak w „Nowym Wspaniałym Świecie”.

„Kapitan Ameryka: Nowy wspaniały świat” ma jednak pozytywne elementy
Aktorsko jednak jest bardzo dobrze. Anthony Mackie trzyma na swoich barkach cały film. Jego charyzma i miłość do postaci sprawiają, że nawet w najgorszych scenach widzimy na ekranie promyk nadziei. Harrison Ford, gdy pojawia się na ekranie, kradnie całe show dla siebie. Tragizm jego postaci i emocje, które rysują się na jego twarzy, udowadniają, jak wielkim jest aktorem. Giancarlo Esposito to klasa sama w sobie, choć jego postać jest kompletnie niewykorzystana. W dziwnym położeniu jest również Shira Haas – Izraelska aktorka, której wątek został spłycony i zmarginalizowany, aby nie wzbudzać kontrowersji w związku z sytuacją na bliskim wschodzie. Oczywiście jak przystało na film Marvela, zobaczymy w nim mnóstwo cameo, które w omawianym dziele sprawiają wrażenie wepchniętych do fabuły na siłę.
Promocja filmu „Kapitan Ameryka: Nowy wspaniały świat” koncentrowała się na postaci Czerwonego Hulka, co niestety zdradziło widzom największy zwrot akcji. Przemontowywanie, dokrętki i problemy na planie sprawiły, że z nowego Kapitana wycięto mnóstwo materiału filmowego. Kręcenie superprodukcji i w trakcie dopasowywanie jej do sytuacji geopolitycznej nie mogło skończyć się dobrze. Na sali kinowej widzowie nie odczuwają już żadnych emocji. Przez lata chodziłem na filmy Marvela do kina i nigdy nie widziałem takiej stypy wśród widowni. Cisza na sali była przytłaczająca, a żarty, które próbowali wrzucić do fabuły scenarzyści jakby przestały działać. Główny antagonista ma tak płytkie pobudki, że nie czujemy absolutnie żadnej stawki. Przywódca pojawia się znikąd, a jego puste wydumane teksty prędzej wprowadzą nas w ciary żenady niż dreszczyk emocji. A mogło być ciekawiej, bo postać, która potrafi kontrolować ludzkie umysły, aż prosi się o porządny wątek.

Jednak największą wadą omawianego dzieła jest traktowanie głównego bohatera po macoszemu. To nie Sam Wilson gra tu główne skrzypce. Thaddeus Ross to jedyna pełnowymiarowa postać a reszta jest tutaj na doczepkę. Pierwszy solowy film z nowym Kapitanem Ameryką, w którym Kapitan Ameryka nie jest najważniejszy – kto na to pozwolił. Najbardziej w tym wszystkim szkoda mi Anthonyego Mackie, który w wielu wywiadach wspominał, jak ogromnym zaszczytem jest dla niego granie Kapitana. Przykro się na to wszystko patrzy, a porażka kreatywna prawdopodobnie przyklei się do tej postaci na lata.
„Kapitan Ameryka: Nowy wspaniały świat” to ogromny zawód. Film cierpi na przewlekły brak tempa, a nuda wylewająca się z ekranu działa jak środek znieczulający. Ostatnie 15 minut intensywnej akcji, choć efektowne, nie jest w stanie wyrwać widza z letargu, w który wpędził go wcześniej rozwlekły i nużący scenariusz. Przeciętność to słowo, które najlepiej oddaje charakter tej produkcji. Nie jest to ani katastrofalna porażka, ani wybitne dzieło. To po prostu film, który nie oferuje nic, co mogłoby na dłużej zapaść w pamięci. Brak mu świeżości, oryginalności i emocjonalnej głębi, która charakteryzuje najlepsze produkcje Marvela sprzed lat.






