Sztuka, patent i pieniądze

McCoy widział w filmie animowanym nową, wspaniałą dziedzinę sztuki pozwalającą na zrealizowanie nawet najbardziej śmiałych pomysłów artystycznych i wykazanie się talentem oraz kreatywnością. Jak sam pisał: „Szkoda, że Michał Anioł nie rysował dla filmu. (…) Nadchodzący artyści będą budowali swą reputację nie za pomocą nieruchomych obrazów, ale animowanych rysunków” (cyt. Za: J. Canemaker, Winsor McCay. His Life and Art, New York 1983, s. 134). Twórca słynnej dinozaurzycy Gertie był zdolnym rysownikiem, ale też pełnym pasji nauczycielem – w czasie pokazów nie tylko prezentował bowiem swojej najnowsze osiągnięcia w dziedzinie animacji, ale też chętnie objaśniał jak powstał dany film, ani myśląc o opatentowaniu swojego wynalazku. Tego błędu nie popełnił John Randolph Bray – kiedy był młodym dziennikarzem przeprowadzał wywiad z McCoyem, który zdradził mu wszystkie tajniki swojej sztuki. Zainspirowany Bray postanowił zacząć robić filmy. Szybko przekonał się jednak, że technika McCoya (tworzenie tysięcy rysunków) jest niezwykle czaso- i pracochłonna. Postanowił przyśpieszyć produkcję. W tym celu – zamiast każdorazowego rysowania zaczął po prostu drukować gotowe tło i na nim rysować postaci w kolejnych fazach ruchu. Swojego wynalazku nie zapomniał oczywiście objąć patentem.

Za sprawą pomysłu Braya widownia szybciej mogła cieszyć się tak lubianymi filmami rysunkowymi, bez których nie mógł się obyć żaden prawdziwy seans w kinie. Ale dopiero wynalezienie celuloidu (Earl Hurd, 1915) – cieńszego i wydajniejszego niż używany do tej pory papier – zrewolucjonizowało świat animacji. Filmy powstawały szybciej, kosztowały mniej (rysunki można było wytrzeć z celuloidu i użyć go ponownie) – ruszyła przynosząca zyski przemysłowa produkcja kreskówek, co niestety wiązało się z dramatycznym spadkiem poziomu animacji. Filmy sygnowane nazwiskiem Braya (np. słynna seria „Pułkownik Heeza Łgarz”  uznawana za pierwszą w pełni komercyjną produkcję animowaną) śmieszyły niewyszukanymi gagami głównie po to, by odwrócić uwagę widzów od kiepskiej strony wizualnej. Winsor McCoy nie mógł przewidzieć takiego rozwoju sytuacji. Wypatrywany przez niego Michał Anioł okazał się łasym na pieniądze sztukmistrzem.

Przypadek kota Feliksa

Produkcje kreskówek ruszyły pełną parą, sporo czasu upłynęło jednak zanim twórcy nauczyli się języka animacji i opanowali technikę na tyle, aby mogli tworzyć naprawdę udane filmy rysunkowe. Obrońcą ich honoru okazał się kot Feliks, bohater stworzony przez Pata Sullivana i Otto Messmera. Temu pierwszemu prawdziwemu bohaterowi niemego kina rysunkowego (jego popularność porównywano do tej, którą cieszył się Charlie Chaplin) daleko jednak do słodkich zwierzęcych postaci Disneya. Nie miał ani typowego dla nich uroczego wyglądu, ani płaskiego charakteru. Także przygody charakternego kocura odbiegały znacząco od tego, co kojarzy się nam z miłymi filmami Disneya. Feliks był bohaterem, z którym łatwo mógł utożsamić się każdy dorosły widz – zmagał się z bezrobociem, głodem, gromadką dzieci czy też niechętnymi jego zalotom przedstawicielkami płci pięknej. Nierzadko zaglądał do kieliszka, zdarzało mu się także wpadać w złość i wdawać w bójki, z jakich zwykle wychodził przegrany i poobijany. Nie oznacza to jednak, że można go uznać za typa spod ciemnej gwiazdy – nie raz i nie dwa kocur pokazywał się widzom z dobrej strony: zdarzało mu się walczyć o sprawiedliwość, bronić pokrzywdzonych i osiągać znaczące sukcesy, miał więc wady i zalety, jak każdy z oglądających jego przygody. Trudno nie zapałać sympatią do postaci, z którą ma się tyle wspólnego! Niezaprzeczalnym atutem przygód sprytnego kota był także abstrakcyjny humor garściami czerpiący ze specyfiki narysowanego świata. Mały przykład: Feliks zastanawia się jak dostać się na dach wieżowca, by po chwili sprawnie wdrapać się tam po znakach zapytania, jakie pojawiły się nad jego głową.

Jak pisze Paweł Sitkiewicz, „Feliks jest dzieckiem swoich czasów – szalonych lat dwudziestych, epoki jazzu i zmieniających się z dnia na dzień mód” (Małe wielkie kino, s. 77). Czasy się jednak zmieniały – wraz z premierą „Śpiewaka jazzbandu” (1927), pierwszego filmu dźwiękowego, nastała doba kina mówionego. Sullivan odnosił się z rezerwą do tego wynalazku, twierdząc, że to tylko chwilowa moda. Kiedy zdał sobie sprawę z tego jak bardzo się pomylił było już za późno. Miejsca w sercach niedawnych fanów Feliksa zdążyła już zająć rozśpiewana Myszka Mickey, która trwa na tym stanowisku już od niemal 90 lat.

Kłopotliwy Mickey

Najbardziej znana myszka w historii kina kojarzy się nam ze stworzeniem pogodnym i niezwykle uprzejmym, trzeba jednak zaznaczyć, że nie zawsze tak było. W jedynym z pierwszych filmów z udziałem Mickeya („Galopujący gaucho”, 1928) nasz bohater pali, pije piwo i podrywa dziewczynę! Podobne zachowania nie mogły być jednak dłużej tolerowane i to z kilku względów. Disney – jako pierwszy – dostrzegł w animacji film familijny, film, na który przychodzić mogą rodzice ze swoimi pociechami. Kreskówki, za obejrzenie których zapłacili, aby spędzić wspólnie miłe popołudnie nie mogły zatem przekazywać treści nieodpowiednich dla dziecięcych oczu. Biadał nad tym sam Walt Disney, ponieważ takie restrykcje znacznie ograniczały twórców kolejnych przygód Mickeya: „Jeżeli pozwolimy, by Miki kopnął kogoś w zadek dostaniemy milion listów od matek uskarżających się, że dajemy dzieciom złe wzorce. Miki zawsze musi być słodki, zawsze kochany. I cóż począć z głównym bohaterem o takich cechach?” (cyt za: L. Maltin, Of Mice and Magic. History of American Animated Cartoons, research associate J. Beck, New York 1983, s. 8). Wujek Walt nie miał jednak wyjścia, musiał dostosować się do oczekiwań widzów, bo inaczej pieniądze szybko przestałyby napływać do jego wytwórni.