Zwariowany świat braci Fleischerów

Tym, czym nie mógł zająć się Disney, szybko zajęli się inni. W 1930 w studiu braci Fleischerów narodziła się nowa postać, która szybko zawładnęła wyobraźnią starszej widowni. Betty Boop, bo o niej mowa, zadebiutowała w filmie „Zawrotne gary”. W tej pierwszej produkcji z jej udziałem bohaterka była dziwaczną hybrydą kobiety i psa, szybko przeszła jednak pełną metamorfozę w człowieka. Fleischerowie uczynili z niej gwiazdę nowych wersji klasycznych baśni i opowieści (takich jak „Alicja w Krainie Czarów”, „Królewna Śnieżka” czy „Czerwony Kapturek”) – szalonych, zupełnie nie liczących się z polityczną poprawnością i oczywiście – parodiujących grzeczne produkcje Disneya. Biegająca w kusej sukience Betty i jej ukochany, piesek Bimbo, przeżywali niesamowite, dziwaczne przygody, a filmy z ich udziałem pełne były negliżu, przemocy i absurdalnego humoru.

Trzy lata później, w 1933 roku bracia Fleischerowie zaprezentowali światu kolejne postaci: marynarza Popeye’a, jego narzeczoną Olive Oyl oraz złoczyńcę Bluto. Przygody znanego z komiksów wielbiciela szpinaku sprowadzały się do schematu ratowania dziewczyny z rąk rzezimieszka, przy czym nasz heros nie stronił od przemocy fizycznej. Bracia Fleischerowie i ich nieokrzesani bohaterowie szybko zostali jednak utemperowani przez środowiska prawicowe i katolickie, na czele z Narodowym Legionem Przyzwoitości i cenzurą (niesławny Kodeks Haysa zabraniający pokazywania w filmach niemal wszystkiego, co wzbudzić mogło większe emocje). Niepokornym twórcom postawiono ultimatum: albo się poprawią, albo ich filmy nie ujrzą światła dziennego. Fleischerowie nie mieli wyboru: od tamtej pory Betty zmieniła miniówkę na zdecydowanie dłuższą sukienkę, marynarz Popeye natomiast zamiast pięścią zaczął walczyć słowem. Słynne postaci przetrwały, ale za wysoką cenę odebrania im niemal wszystkiego, co stanowiło o ich nietuzinkowości i oryginalności. Podobny los spotkał wielu innych rysunkowych bohaterów zachowujących się zbyt swobodnie jak na surowe czasy. „W konsekwencji utrwaliło się przekonanie, że animacja jest sztuką zachowawczą i bez wyrazu, stojącą na straży społecznego porządku i moralności. Taka funkcja, bądźmy tego świadomi – pisze Paweł Sitkiewicz – została animacji narzucona z góry” (Małe wielkie kino, s. 122).

Za symboliczną datę końca epoki naznaczonej ograniczeniami Kodeksu Haysa uznaje się rok 1972, kiedy to światło dzienne ujrzała animowana adaptacja komiksu Roberta Crumba „Kot Fritz” (reż. Ralph Bakshi) – zjadliwa satyra na amerykańskie społeczeństwo lat 60. pełna wulgaryzmów, scen seksu i wszystkiego, czego zakazywała do tej pory cenzura. Dzieło Bakshiego trafiło do dystrybucji kinowej jako pierwszy animowany film opatrzony kategorią X (uznano go więc za obraz przeznaczony wyłącznie dla dorosłych). „Kot Fritz” okazał się wielkim sukcesem finansowym, ale też zwycięstwem nad ograniczaniem swobody artystycznej wypowiedzi. Podobnie spektakularny triumf nad cenzurą w świecie animacji zaobserwować było można jeszcze tylko raz, kilkadziesiąt lat wcześniej – w czasie drugiej wojny światowej.

Szeregowcy Donald, Daffy i Snafu

Zanim jednak wybuchła wojna, świat miał okazję poznać i pokochać cały szereg nowych postaci, „dzieci” kolejnego pokolenia mistrzów rysunku. W 1935 roku na ekranie zadebiutował Porky („I Haven’t Got a Hat”, reż. R. Clampetti), dwa lata później – Kaczor Daffy („Porky’s Duck Hunt, reż. T. Avery), natomiast w 1928 publiczności przedstawił się królik Bugs (w filmie „Porky’s Hare Hunt”, reż. Ben „Bugs” Hardaway – jak widzicie, imię sympatycznego długoucha było początkowo pseudonimem jego twórcy). Rok 1939 przyniósł miłośnikom animacji Toma i Jerry’ego (pierwszym filmem z ich udziałem był „Puss Gets the Boots”, reż. Hanna-Barbera), natomiast 1940 – dzięcioła Woody’ego Woodpeckera, właściciela najbardziej charakterystycznego śmiechu w świecie kreskówki. W kolejnych latach pojawili się jeszcze kanarek Tweety (1944) i jego prześladowca, kot Sylwester (1945). Nowi bohaterowie szybko podbili serca widzów, bo choć ich przygody były schematyczne i przewidywalne (pościgi, wyprowadzanie się w pole, wzajemne torturowanie się), mieli coś, czego brakowało postaciom Disneya, a mianowicie wyrazisty charakter. Studio wujka Walka zyskało poważną konkurencję w postaci wytwórni Warner Bros, gdzie narodziło się większość nowych rysunkowych idoli.

Stany Zjednoczone włączyły się czynnie w działania wojenne dopiero w 1941 roku, po ataku Japończyków na bazę wojskową Pearl Harbor, wtedy też pojawiła się potrzeba tworzenia filmów propagandowych. A ponieważ Amerykanie zdawali sobie sprawę z tego, że nie jest to ten rodzaj produkcji, który cieszy się sympatią widzów, postanowili uczynić swoje krótkometrażówki na tyle atrakcyjnymi, na ile było to możliwe. Zamiast poważnych w tonie agitek z udziałem żywych aktorów zaczęto produkować nie pozbawione humoru propagandowe animacje, w których główne role odgrywały takie gwiazdy świata kreskówki jak królik Bugs, kaczor Daffy czy też disnejowski kaczor Donald, bohater nagrodzonej Oscarem animacji „Twarz der Führera” (1943). Warto poświęcić nieco uwagi tej produkcji. Donald wciela się w niej w obywatela nazistowskich Niemiec, który zmęczony wszechobecną propagandą, głodem i ciężką pracą w fabryce amunicji popada w końcu w obłęd. Szybko okazuje się jednak, że wszystko to było tylko koszmarnym snem – kaczor budzi się w swoim pokoju pełnym pasów i gwiazd i całuje miniaturę Statuy Wolności, szczęśliwy, że mieszka w Ameryce, najwspanialszym kraju świata. W finale na podobiźnie Hitlera rozbryzguje się dorodny pomidor. „Twarz der Führera” jest produkcją ciekawą o tyle, że stanowi bezprecedensowy przykład przyjrzenia się sytuacji obywatela wrogiego państwa, w tym przypadku Trzeciej Rzeszy. Animowane filmy propagandowe z USA rzadko kiedy odznaczały się podobną kreatywnością. W większości przypadków zmieniano po prostu „złych”, z jakimi musieli zmierzyć się popularni bohaterowie na takich, którzy kojarzyli się z aktualną sytuacją polityczną (np. Popeye walczył w czasie wojny z Japończykami, a w zmaganiach tych pomagał mu jego odwieczny wróg Bluto), przeważnie ośmieszając przy tym nieprzyjaciół przedstawionych jako głupich i nieudolnych. Animacja w służbie propagandy „przekonywała [więc] głównie o konieczności wojny, zapewniała o zwycięstwie, a poprzez żarty łagodziła grozę konfliktu. Nawoływała też do zjednoczenia się w obliczu wroga” (Małe wielkie kino, s. 243).

W tym miejscu warto wskazać na jeszcze jeden atut animowanej propagandy – kreskówkom, które z konieczności prezentują uproszczoną wizję świata, łatwiej jest przekazywać czarno-biały podział na „dobrych” i „złych” i tym samym zaszczepić widzom „właściwe” wzorce. Każdy, kto obserwował animowane zmagania lubianego kaczora Daffy’ego, w starciu ze brutalnymi, choć niezbyt rozgarniętymi nazistami nie miał wątpliwości po której stronie powinien był się opowiedzieć („Daffy – The Commando”, 1943, reż F. Freleng).

Tego rodzaju filmy tworzone były z myślą o dwóch grupach odbiorców: dla cywili, którym chciano przekazać jak powinni zachowywać się na tzw. „froncie domowym” oraz dla armii (filmy instruktażowe, edukacyjne). Właśnie w kontekście animacji tworzonych z myślą o żołnierzach możemy mówić o zwycięstwie filmu rysunkowego nad wszechwładną cenzurą. W ramach pokazów organizowanych dla walczących na froncie wyświetlano przygody szeregowca Snafu (imię to jest akronimem zwrotu „Situation Normal – All Fucked Up” nie wymagającego chyba tłumaczenia).

Animowany bohater był wyjątkowo beztroskim i niezwykle ufnym żołnierzem, który popełniał na froncie wszystkie możliwe błędy, co często groziło przegraną wojny przez USA, a jego samego nierzadko kosztowało życie. Animka nie da się zabić, z powodzeniem mógł więc wystąpić w całym cyklu filmów przestrzegających prawdziwych ludzi przed zagrożeniami, jakie na nich czyhały. Na swoim przykładzie Snafu pokazywał więc konsekwencje nietrzymania języka za zębami, obdarzania zaufaniem niewłaściwych ludzi (tj. szpiegów), ale także pijaństwa czy syfilisu (!). Jak łatwo się domyślić, przygody nierozgarniętego szeregowca obfitowały w sprośne żarty, goliznę (w kilku odcinkach widzimy nagie kobiece piersi) i przemoc. Jak to możliwe w epoce tak zaostrzonej cenzury? Dla dobra amerykańskich „chłopców”, których często w bardzo krótkim czasie trzeba było wyedukować i przygotować do tego, co może grozić im na wojnie, sam Pentagon zgodził się zrobić wyjątek – rysownicy odpowiedzialni za przygotowanie cyklu nie byli niczym ograniczani, w dodatku wszystko, co robili, czynili ku chwale ojczyzny. Nie bez przesady można bowiem stwierdzić, że Snafu udało się skutecznie przestrzec przed rozmaitymi niebezpieczeństwami tych, którzy do dyspozycji mieli tylko jedno życie. Warto dodać, że w finale serii animowany żołnierz okazał się prawdziwym bohaterem, czym unieważnił wszystkie popełnione wcześniej błędy – w ostatnim odcinku cyklu zatytułowanym „No Buddy Atoll” (1945) dzielny Snafu w pojedynkę odbił wyspę na Pacyfiku z rąk japońskiego generała Jamamoto. Od zera do bohatera!