Rysunkowe filmy pełnometrażowe

O historii filmów animowanych można by pisać jeszcze długo, ja jednak zatrzymam się w tym momencie, na granicy nowych czasów, jakie wyznaczył koniec II wojny światowej, a więc na chwilę przed  wynalezieniem telewizji, nowej poetyki filmów rysunkowych i pojawieniem się w ramówce sobotnich poranków z kreskówką, za sprawą których animacje zaczęto utożsamiać z produkcjami dla dzieci.

Na koniec chciałbym przybliżyć Wam jeszcze dzieje pierwszych pełnometrażowych produkcji tego wspaniałego gatunku – głównie dlatego, aby pokazać, że Walt Disney (wbrew temu, co wmówił światu i w co wielu wierzy do dziś) nie był wcale pionierem w tej dziedzinie, a także po to, aby przywrócić ten zaszczytny tytuł temu, komu się on naprawdę należy.

Fascynaci „ożywionych obrazków” wiedzieli, że prawdziwy sukces i popularność może zapewnić im dopiero produkcja pełnometrażowa (czyli trwająca ok. godziny), a więc taka, którą będzie można pokazać w kinie jako samodzielny film, a nie jako miły, lecz często lekceważony dodatek poprzedzający właściwy seans. Za pierwszy pełnometrażowy film animowany przez bardzo długi czas uchodziła „Królewna Śnieżka i siedmiu krasnoludków” (reż. David Hand, prod. Walt Disney), która opatrzona takim właśnie hasłem weszła do kin 21. grudnia 1937 roku, tak naprawdę jednak disnejowski hit był dopiero ósmą (!) tego typu produkcją na świecie. Pierwsza długometrażowa animacja powstała w 1917 roku w słonecznej Argentynie, jej tytuł brzmiał „Apostoł”, zaś dumnym twórcą był Quirino Cristiani. „El Apostól” składający się z „58 tys. oddzielnych obrazków-wycinanek wykonanych przez jedną osobę” (!) to satyra na ówczesnego prezydenta, demagoga i populistę. Cristiani nie bez przyczyny gwiazdą swojego filmu uczynił takiego właśnie bohatera – w tamtym czasie Argentyńczycy żywo interesowali się polityką i co zrozumiałe, cenili satyrę godzącą w zachowania notabli. Zgodnie z przewidywaniami „Apostoł” okazał się przebojem – niestety, kolejne filmy Cristianiego nie miały już tak wiele szczęścia. Satyry polityczne szybko tracą na aktualności, taki też los spotkał następne produkcje Argentyńczyka – jedną z nich „Peludópolis” (1931), pierwszy dźwiękowy film animowany – los ten spotkał już na etapie produkcji. Niemniej jednak osiągnięcia i zasługi Quirino Cristianiego dla dalszych dziejów filmu rysunkowego pozostają nieocenione. Zapytacie może dlaczego nie zyskał należących mu się przecież sławy i uznania? Powód jest prosty i prozaiczny: Cristani nie posiadał wystarczających środków ani na skuteczną reklamę, ani na dystrybucję, którymi dysponował za to Disney. Innym problemem był temat filmu rysownika z Argentyny – hermetyczny, szybko tracący na aktualności, mało ciekawy dla widzów z innych zakątków świata. Baśń o królewnie Śnieżce znali i kochali natomiast wszyscy, a wkrótce niemal wszyscy mieli poznać i pokochać jej ekranizację. Utalentowany twórca z Ameryki Południowej nie miał szans w starciu z rodzącym się imperium wujka Walta.

Aby oddać sprawiedliwość wszystkim tym twórcom, których nazwiska nie przebiły się do powszechnej świadomości, podaję Wam spis pierwszych ośmiu pełnometrażowych filmów animowanych – produkcji poprzedzających słynną disnejowską „Królewnę Śnieżkę”:

1. „El Apostól” (1917), reż. Quirino Cristiani (Argentyna)

2. „Sin dejar rastro” (1918), reż. Quirino Cristiani (Argentyna)

3. „Das Abenteuer des Prinzen Achmed” (1926), reż. Lotta Reiniger (Niemcy)

4. „Peludópolis” (1931), reż. Quirino Cristiani (Argentyna)

5. „Roman de Renard” (1931), reż. Władysław Starewicz (Francja) – pierwszy pełnometrażowy film lalkowy

6. „Nowyj Gulliwer” (1935), reż. Aleksander Ptuszka (Rosja)

7. „Die Sieben Raben” (1937), reż. bracia Diehl (Niemcy)

Mam nadzieję, że udało mi się choć trochę zmienić Wasz sposób patrzenia na rysunkowe produkcje. Historia tego gatunku jest równie bogata, co intrygująca, a utożsamianie filmów animowanych wyłącznie z obrazami dla dzieci jest niedopuszczalnym uproszczeniem. Zanim przy pomocy łatki filmów dla najmłodszych poskromiono animacje, potrafiły one nie tylko zachwycać i śmieszyć, ale też ekscytować, gorszyć, porywać tłumy, a nawet ocalać życie. Kto by pomyślał, że taki potencjał może drzemać w niepozornych obrazkach?

(Do opracowania artykułu wykorzystano książkę „Małe wielkie kino” Pawła Sitkiewicza)