Czy istnieje blockbuster idealny? Od wielu lat seria „Mission: Imposible” udowadnia nam, że pomimo potknięć da się wejść na szczyt filmowej rozrywki. Czy to jeden z najlepszych filmów akcji w historii? Nie, ale w tym roku raczej „Mission: Impossible – Fallout” nic nie zagrozi.

Na Ethana Hunta (Tom Cruise) czeka kolejna misja od dowództwa IMF. Tym razem musi odnaleźć trzy głowice nuklearne, które wpadły w niepowołane ręce. W czasie wymiany nie wszystko idzie po myśli Hunta, a niebezpieczna przesyłka zostaje wykradziona. Pomyłka agenta zostaje wykorzystana przez CIA, które postanawia, że od teraz August Walker (Henry Cavill) będzie jego partnerem. Niestety charaktery obu postaci są swoim kompletnym przeciwieństwem, przez co na ekranie często widzimy wydarzenia będące poza jakąkolwiek kontrolą. W sytuacjach gdzie Ethan Hunt chce wykorzystać spryt i inteligencję, Walker woli rozwiązania siłowe, które są nie mniej efektywne. Obaj muszą odnaleźć brudne bomby, jednak sytuacja się komplikuje, a w akcje zostaje wmieszany Solomon Lane (Sean Harris), przed dwoma laty złapany przez Hunta. Jak możecie się domyślić zadanie wydaje się być misją samobójczą, ale nie dla naszego agenta.

„Mission: Impossible – Fallout” ma kilka świetnych momentów fabularnych, choć nie ma się co oszukiwać, że fani odnajdą tu elementy poznane w pięciu poprzednich częściach serii. Brakuje tu świeżości, intryga zdaje się być kreowana na siłę, a niektóre wątki przypominają wyrwane wprost z brazylijskich telenoweli. Widz nie czuje wagi wydarzeń – spowodowane jest to nikłym scenariuszem, tak prostym, że każdy zwrot akcji przewidujemy ze sporym wyprzedzeniem. Mimo tego pomieszania z poplątaniem Christopher McQuarrie stale dorzuca wątków, przez co rozwiązanie fabuły staje się nielogicznie nudne. Na szczęście powyższe wady są tu tylko paliwem dla akcji, a ta jest naprawdę emocjonująca.

Jak mogliście zauważyć „Mission: Impossible – Fallout” jest bezpośrednią kontynuacją wydarzeń z części piątej, a fabuły obu dzieł idealnie się zazębiają. Najnowsza odsłona jest natomiast najlepszym odcinkiem serii dzięki rewelacyjnej akcji i popisom kaskaderskim. Wspinaczka po linie zawieszonej pod lecącym helikopterem, skok z samolotu lecącego na siedmiu tysiącach metrów, skakanie po dachach budynków czy jazda motocyklem ulicami Paryża, a w samym centrum wydarzeń niezastąpiony Tom Cruise. Aktor nienawidzi efektów komputerowych i tam gdzie się tylko da chce sam brać udział w akrobacjach, aby pokazać widzom realizm i szczerość  – jest to wyjątkowe podejście w dobie kręconych w zielonym studiu blockbusterów.

„Mission: Impossible – Fallout” to absurdalne kino akcji, które rozrywkowe walory opanowało do perfekcji. Każda część pokazuje coś nowego i ekscytującego przyciągając do kin nowych widzów już od ponad dwóch dekad – aż żal pomyśleć, że kiedyś nadejdzie koniec.


Najlepszy akcyjniak tego roku – recenzja filmu „Mission: Impossible – Fallout” - Filmowicz