Pierwsza część cyklu „Kingsman” zrewolucjonizowała podejście do kina szpiegowskiego ukazując światu agentów nowej generacji. Więcej, szybciej i bardziej cool – tak można określić to co twórcy w bardzo sprawny sposób zaserwowali widzom. Wszechobecna zabawa konwencją i gatunkami, świetnie wyglądające sceny walki i fabuła tak niedorzeczna, że aż piękna. „Kingsman: Złoty krąg” miał więc trudne zadanie – dorównać poprzednikowi jednocześnie wnosząc do przedstawianej historii coś od siebie aby zapobiec wtórności. W pewnym sensie twórcą się to udało, lecz ostateczny efekt nie jest już tak piorunujący jak w poprzedniku.

Powrót do świata brytyjskich agentów jest bardzo dynamiczny. Od początku fabuły jesteśmy wrzuceni w wir akcji. Agencja Kingsman zostaje niemal kompletnie zniszczona przez Poppy – szefową najpotężniejszego kartelu narkotykowego na świecie. Eggsy wraz z Merlinem są zmuszeni wyjechać do USA gdzie po kilku perturbacjach otrzymają pomoc od agencji Statesman – amerykańskich kuzynów. Przedstawiciele dwóch elitarnych organizacji muszą zapomnieć o dzielących ich różnicach i wspólnie stawić czoło nieobliczalnemu wrogowi, który dąży do władzy nad światem.

Reżyser Matthew Vaughn w kolejnej części serii kierował się niepokojącym trendem obecnym w seqelach – wszystkiego ma być więcej niż w oryginale. W rezultacie świeża fabuła powiela schematy zapoczątkowane przez poprzednika sprawiając, że oglądając nowe wydarzenia mamy wrażenie deja vu. Oczywiście w wielu produkcjach taki zabieg działa, ale w „Kingsmanie” widz odczuwa pewien niedosyt – poprzednia część była pełna świeżych pomysłów a ta to tylko i wyłącznie odcinanie kuponów od jej sukcesu. Produkcja jest skonstruowana bardzo chaotycznie; twórcy upchnęli w niej wszystkie pomysły jakie przyszły im do głowy – przesyt widoczny jest na każdym kroku a w połączeniu z irracjonalną fabułą całość zaczyna męczyć.

Sytuacje ratuje rozrywkowość produkcji a ta moim zdaniem nadal stoi na najwyższym poziomie. Dynamika oraz tempo filmu rozłożone są wprost perfekcyjnie. Bardzo dobrze zainscenizowane sceny walki w połączeniu z charakterystycznym ostrym montażem oraz cudowną pracą kamery sprawiają, że widz całą swoją uwagę skupia na przedstawianej historii.

Największym plusem kontynuacji z pewnością jest obsada. Aktorzy potrafią dodać świeżości czasem bardzo papierowym postaciom. Stara gwardia wprost bryluje na ekranie – Jeff Bridges i Julianne Moore gdy tylko się pojawią kradną cały show dla siebie. Cieszy mnie również obsadzenie w filmie Pedro Pascala, który podobnie jak w „Narcos” walczy z kartelem narkotykowym lecz w kompletnie odmienny sposób.

„Kingsman: Złoty krąg” to przede wszystkim wartka fabuła przeplatana świetnym humorem lecz niestety zabrakło efektu ”wow” jak przy „Tajnych służbach”. Oznacza to, że wcześniejsza część była filmem idealnym? Z całą pewnością nie, ale osobisty charakter i wyrazistość wyróżniały ją z tłumu a złoty krąg tylko próbuje naśladować te elementy. Jednak nie zmienia to faktu, że najnowszy film wytwórni 21st Century Fox jest solidną porcją kina akcji, którą notabene świetnie dostarcza!


OCENA
  • 76%
    Fabuła - 76%
  • 77%
    Gra aktorska - 77%
  • 58%
    Jakość scenariusza - 58%
  • 69%
    Przyjemność z oglądania - 69%
70%

Podsumowanie:

Jest solidną porcją kina akcji, którą notabene świetnie dostarcza!
"Kingsman: Złoty krąg" - recenzja - Filmowicz