„Looney Tunes: Porky i Daffy ratują świat” to wielki powrót po latach animacji z uniwersum Looney Tunes na duży ekran. Tak doniosłe wydarzenie powinno być powodem do radości. Niestety przez problemy produkcyjne i kontrowersje wokół dystrybucji po wyjściu z sali kinowej czułem żal i złość. Ten film miał szansę przyciągnąć widzów do kin, ale przez złe decyzje kierownictwa został pogrzebany praktycznie na starcie.
Pamiętacie czasy, gdy Warner Bros. było zarządzane przez osoby, które szanują dziedzictwo kulturowe wytwórni? Czasy, gdy takie marki jak Looney Tunes były prawdziwym skarbem? Jeszcze kilka lat temu nikomu nie przyszedłby do głowy pomysł, że którakolwiek z wielkiej czwórki wytwórni filmowych mogłaby sprzedać własną kluczową produkcję konkurencji, a w najgorszym przypadku odpisać ją od podatku, bo ZYSK tu i teraz jest najważniejszy. Era Davida Zaslava to najgorsze, co mogło spotkać Hollywood. Jego kontrowersyjne decyzje rozochociły innych prezesów koncernów medialnych, do podobnych działań, które stawiają na głowie całą produkcję w fabryce marzeń. Teraz nie możemy być już w 100% pewni, że gdy dana wytwórnia kręci film lub serial, to będziemy mogli go w ogóle obejrzeć.
Pytacie pewnie, po co o tym mówię? „Looney Tunes: Porky i Daffy ratują świat” to jeden z filmów wyklętych. Wycofany z globalnej dystrybucji przez firmę matkę i sprzedany innym dystrybutorom. I tak mamy szczęście, że pojawił się na ekranach, bo kolejne dzieło ze stajni Warner Bros. już takiego szczęścia nie miało. Film Coyote vs. Acme został prawdopodobnie odpisany od podatku, a niszczenie Looney Tunes przez Davida Zaslawa w dalszym ciągu postępuje. Po co nam animacje, gdy można je opchnąć na boku, a zwłaszcza te, które jak omawiany film miały pierwotnie trafić bezpośrednio na platformę streamingową należącą do Warner Bros. Discovery: HBO MAX. Skoro już ponarzekałem na działania wytwórni, to przejdźmy do meritum.

„Looney Tunes: Porky i Daffy ratują świat” to zabawa w czystej postaci
Wyobraźcie sobie, w jakich tarapatach musi być świat, że jego jedyną nadzieją są Daffy i Porky. W pobliżu miasteczka, w którym mieszkają, znajduje się fabryka gumy do żucia. Na jej terenie dochodzi do dziwnych zjawisk, które odkrywają nasi protagoniści. Kaczor i świnia pomimo szorstkiej przyjaźni muszą połączyć siły i uratować świat. W międzyczasie dołączy do nich Świnka Petunia, która poprzez zamiłowanie do naukowych eksperymentów zawsze znajduje wyjście z opresji. Ta iście wybuchowa mieszanka towarzyszy nam przez całą fabułę będącą kwintesencją tego, co najbardziej kochamy w serii kreskówek — jazdy bez trzymanki.
Slapstick wprost wylewa się z ekranu, nawiązania do klasyki kina sypią się jak z rękawa, a nasi bohaterowie postawieni w absurdalnych sytuacjach jeszcze je podkręcają i sprawiają, że oglądając ich przygody, nie nudzimy się choćby przez chwilę. Od samego początku akcji zanurzamy się w abstrakcyjnym sosie, który przez cały czas trwania filmu robi się tylko lepszy. Jednak jego istotą jest piękno przyjaźni, która splata losy kultowych postaci.

Animacyjnie ten film to prawdziwa pierwsza liga. W kinach rzadko mamy szansę oglądać animację 2D. Od projektów postaci po wygląd świata użyta kreska jest rewelacyjna. Polski dubbing również się broni. Głosy Porkiego i Daffiego podkładają od lat ci sami aktorzy, więc o jakość dialogów nie musimy się martwić. Film jako całość prezentuje się zjawiskowo i można się zaskoczyć informacją, że jego korzenie to tak naprawdę kolejna produkcja, która zostałaby zakopana w katalogu platformy streamingowej.
Z jednej strony, to co zgotowało produkcji Warner Bros. to koszmar. Jednak gdyby nie sprzedaż praw podejrzewam, że nawet nie byłoby nam dane gdziekolwiek obejrzeć „Looney Tunes: Porky i Daffy ratują świat”. Odpisy podatkowe zagościły w Hollywood na dobre, a David Zaslav jest ich ucieleśnieniem. Prezes giganta medialnego, który nie zważając na konsekwencje, otworzył stragan z aktywami i prowadzi wyprzedaż garażową. Idźcie do kina. Pokażmy najgorszemu CEO, że marka Looney Tunes jeszcze nie umarła. Być na filmie, którego wyrzekł się sam David Zaslav — to dopiero osiągnięcie.
Nasza ocena






