Pełnometrażowy debiut René Ellera od samego początku uderza w widza swoją odwagą i dosłownością. Nie są to słowa na wyrost, ponieważ publiczność festiwalu Ars Independent nie spodziewała się w pierwszym dniu wrzucenia na głęboką wodę młodocianej „pseudo” niezależności. Przez cały seans w mojej głowie przewijała się myśl – jak rodzice mogli do tego dopuścić? W filmie „My” bezstresowe wychowanie przeplata się z chęcią zaimponowania innym, nie ważne w jak wyuzdany, czy okrutny sposób.

Ośmioro przyjaciół mieszkających w małym, sennym miasteczku na pograniczu Belgijsko-Holenderskim prowadzi życie pełne doznań. Całe letnie dni spędzają na zaspokajaniu swojej seksualnej ciekawości, poprzez zabawę będącą w ich mniemaniu odmianą artystycznej wolności. Wszystko jest sztuką i dla sztuki – nie liczy się nic poza zaspokajaniem wyuzdanych fantazji. Wkrótce ich czyny zaprowadzają całą grupę do miejsca w którym zaciera się granica między dobrem, a złem.


Każda decyzja podejmowana przez przyjaciół jest pełna kontrowersji, każdy czyn jest bez usprawiedliwienia. Dodatkowego smaczku całej fabule dodaje cytat padający na początku: „film oparty na prawdziwych wydarzeniach”. Życie napisało świetną historie, a reżyser René Eller ukazał ją w pełnej krasie na srebrnym ekranie – teledyskowe tempo montażu sprawia, że na seansie nie jesteśmy w stanie się nudzić. Twórcy w perfekcyjny sposób ukazują rozkład pokolenia Y, które nie żyje dla siebie, lecz dla innych.

Współczesne „dzieci kwiaty” poprzez swoją otwartość na drugiego człowieka i upodobanie do naturalistycznych eskapad są cudownym odwzorowaniem jak kultura hipisów w pewnych kręgach przeżywa renesans. Cierpki humor w połączeniu z karykaturalnymi postaciami sprawia, że jako widz, łatwiej jest nam oswoić się z szokiem po kontakcie z niektórymi wątkami. „My” jest trudnym filmem, który poprzez swoją szczerość ukazuje do czego potrafi doprowadzić brak odpowiedniego wychowania.