„Ben-Hur”, „Nietykalni”, „Toni Erdmann”, „Matrix”, „Aladyn”, „Piękna i bestia”, „Ptaki”, „Diuna”, „Ghost in the Shell”, „To”, „Król lew”, „Mała syrenka”, „Memento”, „Mumia”, „Ocean’s Eight”, „Ghostbusters”, „Człowiek z blizną”, „Tomb Raider”. To nie są Twoje ulubione filmy z dzieciństwa, czy tegoroczne Oscarowe hity. „Ben-Hur” nie jest rekordowym zwycięzcą Oscarów, „Nietykalni” to nie ulubiona francuska komedia, a „Król lew” to nie ten sam nostalgiczny płacz po śmierci Mufasy. To wszystko remaki już zrealizowane, lub w planach Hollywood.

Hollywood jest firmą. Jedną wielką firmą, która zatrudnia wielkie studia filmowe typu Paramount, Universal, Warner Bros., etc., aby te zatrudniały (kupowały) kolejne mniejsze firmy produkcyjne, które chcą robić filmy, tak jak w dawnych czasach się to robiło. Jako firma, ciało, organizm biznesowy, który na celu ma jedynie zwiększanie zysków, musi pracować nad zwiększaniem dochodu przy jak najmniejszym nakładzie pracy. W dzisiejszych czasach doszliśmy do takiego momentu, że wartość studia mierzy się w miliardach dolarów. Co rusz jesteśmy informowani o osiągnięciu kolejnego rekordu przez studio Universal, które w 12 miesięcy otrzymało ponad $7 mld. Był to rok 2015. Jakie produkcje najbardziej przyczyniły się do tej sumy: „Jurassic World” ($1 670 400 637) i „Szybcy i wściekli 7” ($1 516 045 911) oraz „Minionki” ($1 159 398 397) – zawrotne sumy, ale na co warto zwrócić uwagę to na fakt, że wszystkie te produkcje nie są oryginalne, w takim sensie, że „Jurrasic World” to kolejna część serii „Jurassic Park”, „Szybcy i wściekli” jak mówi sam tytuł jest siódmym z kolei, zaś „Minionki” to odnoga franczyzy o małych żółtych stworkach. To się opłaca i w tym tkwi problem.

Zbulwersowała mnie wiadomość o przerobieniu „Nietykalnych” – wybitnej francuskiej komedii z 2011 roku, która znajduje się na #2 miejscu najlepiej ocenianych filmów przez użytkowników Filmweba – przez studio braci Weinstein. W 2017 roku największe poruszenie w kinach spowodowały filmy: „Logan: Wolverine”, „T2: Trainspotting”, „Kong: Wyspa czaszki”, „Piękna i bestia”, „Ghost in the Shell”, „Szybcy i wściekli 8”, „Strażnicy galaktyki 2”, „Słoneczny patrol”, „Obcy: Przymierze”, „Piraci z Karaibów: Zemsta Salazara”, „Wonder Woman”, „Auta 3”, „Transformers: Ostatni rycerz”, „Gru, Dru i Minionki”, „Spider-Man: Homecoming”, „Wojna o planetę małp”, „Łowca androidów 2049”, „Thor: Ragnarok”, „Liga Sprawiedliwości”, „Gwiezdne wojny: Ostatni Jedi”, „Paddington 2”. Co ciekawe, połowa z wyżej wymienionych produkcji to filmy o superbohaterach. W zeszłym roku było co najmniej podobnie. Co się stało? Gdzie jest miejsce na oryginalność? Czy wszystkie duże produkcje muszą się teraz na czymś opierać? Być remakem lub sequelem? Żerować na pieniądzach ukrytych w starych franczyzach i kultowych filmach?

Na zeszłorocznej Oscarowej gali wyróżniono filmy, które były niezależne, ale przede wszystkim oryginalne w tym, że nie powstał przed nimi inny film, na podstawie danej książki. „Moonlight”, „Milczenie”, „Fences” to wszystko adaptacje, ale wcześniej nie zekranizowane, co się ceni. Największym hitem była o dziwo produkcja oryginalna: „La La Land”, która swój sukces zawdzięcza w głównej mierze rozpoznawalności nazwisk głównych aktorów, rozgłosowi „Whiplash” oraz dobremu marketingowi.

Ale Hollywood wie, że nie tam leżą pieniądze. Hollywood wie, że widzowie wolą wrócić do sprawdzonych, starych bohaterów, wolą jeszcze raz przeżyć te same nostalgiczne momenty, chcą wrócić do przeszłości, gdzie czują się dobrze i bezpiecznie, bez ryzyka zawodu. Tylko tyczy się to sequeli, które teraz są konstruowane tak, aby wątki były niedomykane, otwarte na możliwe wariacje w przyszłości. „Po co wydać „Harry’ego Pottera” w jednej części, zróbmy dwie, zarobimy dwa razy więcej, a decyzję uzasadnimy rozwlekłością książki, chociaż przy „Zakonie Feniksa” nam to nie przeszkadzało. Hollywood stworzyło pewne poczucie w widzach: nie chodzimy już do kina, aby poznać nowych „znajomych”, ale żeby spotkać się ze starymi, a wiadomo, że ze starymi mamy więcej tematów do rozmów.

Nie, nie mam problemu z sequelami. Największym problemem są remaki i rebooty, które wyciągają z najczarniejszych czeluści stare kultowe produkcje i robią je na nowo, prawdopodobnie z zamysłem wyprodukowania jeszcze dwóch kontynuacji i trzech spin-offów. Mam parę pytań:

  1. Jaki był cel remaku „Ben-Hura”, zwycięzcy 11 Oscarów, którego do dziś dnia ogląda się świetnie?
  2. Co chcą uzyskać twórcy amerykańskiej adaptacji „Nietykalnych”?
  3. Czy naprawdę potrzebujemy rewitalizacji „Kopciuszka”, „Księgi dżungli”, „Pięknej i bestii” oraz, o zgrozo „Króla lwa”?
  4. Jaki jest sens w remakach filmów z męską obsadą na filmy z damską obsadą?
  5. Czemu Nolan nie zabronił produkcji kolejnego „Memento”, czy mamy zatem czekać na „Incepcję 2: Zemstę Fishera”?

Być może istnieje jakiś głęboki, bardzo rozsądny powód, dla którego ten szatański plan adaptowania na powrót starych i kultowych filmów w ogóle powstał. Być może tymi filmami Hollywood chce zarobić pieniądze na inne oryginalne filmy, na które nie ma pieniędzy z budżetu Weinsteinów. Bo jakoś nie chce mi się wierzyć, że takie filmy jak „Matrix”, „Memento” czy „Król lew” zestarzały się tak bardzo, że już nikt o nich nie pamięta.


Powoli dochodzimy do momentu, w którym produkcji nieoryginalnych jest więcej niż tych oryginalnych, o ile już nie doszliśmy. Scenarzystom zdaje się łatwiej zaadaptować oklepaną historię do znanych bohaterów, aniżeli stworzyć nowych bohaterów z nową przejmująca historią. Chciałbym wierzyć, że Akademia ponownie wykaże się rozeznaniem i w tym roku również wyróżni filmy niezależne, bo tylko dzięki nim możemy spoglądać w przyszłość. Remakami, rebootami i sequelami nie zmieniamy sytuacji politycznych, ani społecznych. Adaptując i kontynuując wciąż tkwimy w przeszłości. Adaptując i kontynuując zabijamy kreatywność historii, która jest najważniejszym czynnikiem, dla którego chodzimy do kina.