Maria Skłodowska Curie – recenzja

Już pierwsze kinowe zwiastuny spowodowały, że bardzo zaciekawiłem się filmem. Karolina Gruszka w tej roli prezentowała się bardzo dobrze a reszta obsady również była niczego sobie. Niestety. Nie zawsze dobra obsada sprawi, że odbiór filmu będzie pozytywny.

Film rozpoczyna sekwencja zdarzeń tuż po otrzymaniu pierwszej nagrody Nobla przez Marię i Pierre’a Curie. Wkrótce potem Pierre Curie ginie w wypadku drogowym, kiedy zostaje potrącony przez powóz, a Maria pogrąża się w żałobie i cały swój smutek odreagowuje w dalszej pracy naukowej mającej na celu wydzielenie czystego radu. W między czasie jesteśmy świadkami jej romansu z żonatym Paulem Langevinem.

Ogromną wadą tego filmu jest lekkie muśnięcie życia Marii Skłodowskiej. Oczywiste jest, że w dwu godzinnym seansie twórcy nie mogli przedstawić całej historii bohaterki. Wybrany został jeden fragment z życia Marii, który został rozwleczony do długości pełnometrażowej produkcji.

Siedząc w kinie po prostu dosłownie się wynudziłem. Akcja filmu zwalnia w pewnych momentach do zera i wlecze się przez kilka scen. Dłużyzny w tym filmie są ogromnym problemem, który wcale nie ma zamiaru dać nam odpocząć po przyswojeniu natłoku informacji. Wprost przeciwnie. Ma się wrażenie, że film jest sztucznie wydłużany.

Rozumiem, że biografie są specyficzne ale tak nudnego, rozwlekłego, i w pewnych momentach źle złożonego filmu dawno nie widziałem. Tematyka, którą porusza jest ważna ale takie jej przedstawienie sprawia, że o filmie chcemy jak najszybciej zapomnieć.

Dodaj komentarz